Dawno, dawno temu gdzieś w nieodległej Afryce…

To było w czasach kiedy bilet lotniczy kupowało się w siedzibie LOTu na Piłsudskiego. Chcieliśmy coś egzotycznego, ale w granicach możliwości :-).
Wykupiliśmy wycieczkę tygodniową, bo na dłużej się baliśmy – nigdy nie byliśmy na takim wyjeździe, a z wczasów nad Bałtykiem uciekliśmy po kilku dniach.
Więc padło na Egipt, bo egzotycznie i nie drogo. Ponieważ był to charter LOTu to za całe 50 zł można było dokupić dolot z WRO do WAW, no i wtedy właśnie odwiedziliśmy siedzibę naszego narodowego latacza.

Skleroza nie boli

Przypomniało mi się, że skrzętnie zbieraliśmy ślad przez całą drogę. Niestety nasz wysłużony Garmin poległ gdzieś w górach i stał się już tylko wysokościomierzem. Szkoda Bohatera – w Norwegii uratował nam życie, a teraz wrócił kraju przodków i padł z wrażenia. Może go tajne służby zdalnie zabiły? Kto to wie 🙁

USA – czas zakończyć

Po ciężkiej walce udało nam się zredukować liczbę zdjęć i wybrać zestaw na bloga.  Z prawie 3k zrobiło się 2k a na bloga trafiło ~pięćset. Uff. Uważamy to za duży sukces i jesteśmy z tego dumni. Cała rodzina ciężko pracowała ponad tydzień. Dziękujemy wszystkim za poganianie, to bardzo zmotywowało nasze działania 🙂 Na zakończenie skrzętnie…

Dzień 14 – niedziela – Los Angeles

Czy można zobaczyć Los Angeles w jeden dzień? Nie ma szans – więc pobywaliśmy trochę na bulwarze Hollywood i okolicach. Dolby Theater bez czerwonego dywanu wygląda koszmarnie. To cud co oni wyprawiają robiąc z tego miejsca szczyt wszystkiego podczas wręczania Oskarów. Gwiazd w chodniku jest kilka tysięcy – więc znaleźć coś bez szans. Napis Hollywood…

Dzień 13 – sobota – posiadłość pana Hearsta (Williama R.)

Dotarliśmy z powrotem do Los Angeles. Zrobiliśmy 3600 mil. Podobno, bo GPS umarł gdzieś w górach – dane z licznika autokaru. Właściwie to od Las Vegas tylko jedziemy do LA jakoś zapychając czas. Dziś cofnęliśmy się na północ do San Simeon w celu zwiedzenia zamku twórcy tabloidów „Pana” Hearsta. Nikt nie mówi o nim William…