2017 – EOY

To nie był dobry rok ani dla bloga, ani dla Polski, ani dla świata. Tym dwóm ostatnim raczej nie pomogę, ale zaległości na blogu mogę w nadrobić w pigułce – głównie w postaci stada fotek. Nie było „wielkiej wyprawy” na koniec świata. Poza zwiedzaniem okolicy motorem napędowym wyznaczającym kierunki podróży były koncerty. Dzięki Stingowi zwiedziliśmy…

Dawno, dawno temu gdzieś w nieodległej Afryce…

To było w czasach kiedy bilet lotniczy kupowało się w siedzibie LOTu na Piłsudskiego. Chcieliśmy coś egzotycznego, ale w granicach możliwości :-).
Wykupiliśmy wycieczkę tygodniową, bo na dłużej się baliśmy – nigdy nie byliśmy na takim wyjeździe, a z wczasów nad Bałtykiem uciekliśmy po kilku dniach.
Więc padło na Egipt, bo egzotycznie i nie drogo. Ponieważ był to charter LOTu to za całe 50 zł można było dokupić dolot z WRO do WAW, no i wtedy właśnie odwiedziliśmy siedzibę naszego narodowego latacza.

Skleroza nie boli

Przypomniało mi się, że skrzętnie zbieraliśmy ślad przez całą drogę. Niestety nasz wysłużony Garmin poległ gdzieś w górach i stał się już tylko wysokościomierzem. Szkoda Bohatera – w Norwegii uratował nam życie, a teraz wrócił kraju przodków i padł z wrażenia. Może go tajne służby zdalnie zabiły? Kto to wie 🙁

USA – czas zakończyć

Po ciężkiej walce udało nam się zredukować liczbę zdjęć i wybrać zestaw na bloga.  Z prawie 3k zrobiło się 2k a na bloga trafiło ~pięćset. Uff. Uważamy to za duży sukces i jesteśmy z tego dumni. Cała rodzina ciężko pracowała ponad tydzień. Dziękujemy wszystkim za poganianie, to bardzo zmotywowało nasze działania 🙂 Na zakończenie skrzętnie…

Dzień 14 – niedziela – Los Angeles

Czy można zobaczyć Los Angeles w jeden dzień? Nie ma szans – więc pobywaliśmy trochę na bulwarze Hollywood i okolicach. Dolby Theater bez czerwonego dywanu wygląda koszmarnie. To cud co oni wyprawiają robiąc z tego miejsca szczyt wszystkiego podczas wręczania Oskarów. Gwiazd w chodniku jest kilka tysięcy – więc znaleźć coś bez szans. Napis Hollywood…